Ucz się matole religii w szkole!
Jako że po krótkiej przerwie powróciłem (niespodziewanie nawet dla samego siebie) do pracy w szkolnictwie, zacząłem swoim zwyczajem znów bliżej przyglądać się szkolnemu otoczeniu. No i od razu widzę co się dzieje i co się święci. Na sam początek: w każdej polskiej szkole istnieje z nieznanych mi bliżej przyczyn bliska korelacja pomiędzy takimi wydarzeniami jak rozpoczęcie roku szkolnego, a uroczysta Msza Święta. Dlaczego akurat Msza Święta, a nie mecz piłki nożnej nauczyciele-uczniowie, zabawa taneczna albo oglądanie filmu o II wojnie światowej (wszak to okolice 1. września) - pomimo długich rozmyślań do teraz pojąć nie mogę. Padło jednak tak, że jak jest rozpoczęcie roku, to musi być koniecznie msza święta. I biada nauczycielom (a tym bardziej uczniom), co się na niej nie stawią. Iść trza.
Aby jeszcze bardziej ubezczelnić ten proceder, część szkół zamiast zamówić mszę w godzinach popołudniowych, zaczyna rok szkolny od mszy, a dopiero po niej odbywa się właściwe rozpoczęcie roku szkolnego. Oczywiście, we wszystkich ogólnodostępnych informacjach podaje się jedynie “UROCZYSTOŚĆ ROZPOCZĘCIA ROKU SZKOLNEGO ROZPOCZNIE SIĘ OD MSZY ŚW. W KOŚCIELE PARAFIALNYM PW. ŚW DOMINIKA O GODZ. 9:00″. Informacji kiedy naprawdę rozpoczyna się uroczystość dla osób nie chcących uczestniczyć w mszy szukać próżno. Zatem oprócz jednoczesnego wystepowania uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego i Mszy Św. mamy drugie zjawisko: jedność i nierozerwalność obu wydarzeń.
Że na wszystkie ważniejsze imprezy zapraszany jest naczelny klecha, przyzwyczaiłem się już tak dawno, że aż mnie to nie razi. Wali zwyczajowe przemówienia na rozpoczęcie i zakończenie roku, dzień nauczyciela i szkolną gwiazdkę. Rzadko kiedy ma coś ciekawego do powiedzenia, ale mówi. A ludzie słuchają z zapartym tchem. Bo to nie byle kto mówi, to ksiądz! Oczekuję z wytęsknieniem czasów, kiedy ludzie zaczną bardziej interesować się tym CO ktoś mówi niż tym KTO to mówi. Ja chyba już tego nie dożyję.
Religii w szkole uczyłem się od drugiej klasy SP. Traktowałem to jak każdy inny przedmiot, na który się chodziło bo było trzeba. Jako że wówczas należałem jeszcze do osób poszukujących swojej duchowej tożsamości, nie czułem potrzeby wypisania się z tych zajęć i tej potrzeby nie miałem aż do końca liceum. Zresztą nikt jej nie miał. Zarówno w SP jak i w liceum na religię uczęszczało 100% mojej klasy. Oczywiście zawse traktowało się to troszkę po luzacku, bo do średniej się to nie liczyło, ale im starszy byłem, tym bardziej malał w moich oczach autorytet księdza jako osoby będącej duchowym przewodnikiem. Sztywne stanowisko kościoła w wielu sprawach nie uwzględniające wielu sytuacji życiowych w których czasem niektóre reguły po prostu trzeba nagiąć aby żyć godnie i szczęśliwie bolało mnie coraz bardziej. I z dzisiejszej perspektywy nie widzę żadnego rozsądnego powodu, aby zmuszać ludzi do chodzenia na religię do szkoły.
Dlaczego piszę “zmuszać”? Bo są zmuszani. Chodzą, bo muszą. Bo wszyscy chodzą. Rodzice nie chcą podpisać papierka bo wstyd. Zresztą kościół od kilkunastu wieków umiejętnie manipuluje ludźmi w taki sposób, że ci nawet nie wiedzą, że są manipulowani. Prawdziwa wiara ze świadomego wyboru to niezmierna rzadkość, ale ludzie twierdzący że taką wiarę mają to znów zjawisko dość częste. Młodzi ludzie chodzą na religię, bo wierzą, że tam poznają bliżej Boga. Ale co to za lekcja kiedy 3 uczniów chce poznać Boga, a 27 pozostałych chodzi na religię bo tak wypada i tylko przeszkadza w lekcji?
Teraz, kiedy religia staje się de facto przedmiotem obowiązkowym (nie czarujmy się że dla trzech uczniów w szkole dyrektor będzie tworzył grupę z etyki; prędzej zmusi ich jakoś do chodzenia na religię) i traktowanym jak każdy inny w szkole (no, prawie) problemy te narastają. Młodzież nie chcąca chodzić na religię ale z różnych powodów uczęszczająca na te zajęcia, poczuje jeszcze większy dyskomfort psychiczny, będąc zmuszonym do mówienia rzeczy niezgodnych z własnym przekonaniem i bycia jeszcze ocenianym i rozliczanym z tego. No, ale tak to już jest w Katolandzie. Mamy wszak 95% katolików, prawda? Tylko że są to tacy katolicy jak ja albo niektórzy moi znajomi o podobnym stosunku do rytuałów religijnych też w statystykach uwzględniani są jako “wierzący”. Fikcja górą, a ty ucz się matole religii w szkole.