Poniedziałki.

Od 11 lat tydzień w tydzień przeżywam ten sam ból związany z wstawaniem rano w poniedziałek. Podobno według tradycji biblijnej początek tygodnia to niedziela.
Gówno prawda! W niedziele nikt nie każe mi wstawać wcześnie rano i wywlekać swojej dupy na zewnątrz. Poniedziałek ma to do siebie, że w ten dzień jeszcze nic ci się nie chce robić a środa, że już ci się nie chce robić.

6:10, telefon budzi tym samym melodyjnym “Save tonight and fight the break of dawn Come tomorrow…” ale tego dnia na rozbudzenie przydałby się okazyjny koncert Black Sabbath za ścianą. Czy poniedziałek czy inny dzień zawsze wstaję lewą nogą, nie ma to dla mnie znaczenia. Jedno jest pewne, nigdy ale to nigdy nie ma w pobliżu jebanych klapek. Mija parę minut zanim wzrok zacznie pracować na odpowiednio wysokich obrotach żeby dojrzeć coś na podłodze. W drodze do toalety mimo wszystko muszę przejść obok lustra, napuchnięte powieki, przekrwione oczy i fryzura “na wkurwionego Szopena”. Ahh w końcu mogło być gorzej. Szybkie mycie zimną wodą wszystkiego co się tylko da umyć.

Kuchnia. Jedzenie wydaje się być jałowe, na widok prostej kanapki podnosi mi się. Szklanka herbaty musi wystarczyć na cały dzień.
Szybkie rzucenie okiem na pogodę za oknem. Zimno i ciemno. Znowu.
Zejście klatką schodową na dół wydaje się błogosławieństwem przed wyjściem na dwór, po przekroczeniu progu odczuwam jakbym nie miał już możliwości wrócenia. Zderzenie z świeżym powietrzem jest tragedią. Trzeba iść na przystanek. Mijam ciemne podwórka, gdzie nigdzie w oknach odbija się blask nocnych lampek. Ulice świecą pustkami. No tak, nikt nie wychodzi z domu o takiej godzinie, tylko taki frajer jak ja. Przejście przez 4 pasy pustej ulicy.

Przystanek. Już jestem, zostaje tylko czekać. Na przystanku czeka tylko 5 osób- wśród nich ja, 3 robotników znacznie skacowanych, ubranych w niebieskie, ubrudzone od farby kombinezony i młoda kobieta. Każdy ziewa, każdy przeciera oczy i szuka miejsca do oparcia.
Cholera, dlaczego samochody przejeżdżające obok przystanku jadą tak szybko, bolą mnie od tego oczy. Stanowczo za dużo klatek na sekundę, chodnik ucieka spod nóg.

Autobus. O dziwo znalazło się dla mnie miejsce, nie będę musiał stać kiedy autobus wwlecze się na zjazd na autostradę, tym samym świadomie ustawiając się w korku. Jebani budowlańce.
Miejsce na przeciwko starszej kobiety. Zaczyna kaszleć, zaczyna pluć, zaczyna śmierdzieć. Zasłaniam się jak mogę ale ona nie przestaje. Przypuszcza na mnie atak swoją alergią, czuje co jadła wczoraj. Jak tu się nie wkurwić.

Szkoła. Na tle szarych chmur wydaje się jeszcze mroczniejsza i bardziej ponura niż zwykle, przypomina obóz koncentracyjny. Ja- niewolnik systemu nauczania zmierzający na spotkanie z nauką i tortury podręcznikami. Funkcje, Silnie, Ułamki, Potop, Przysiady, Szprechanie, Pisanie. Zajęcia bardziej niż zwykle wyczerpujące człowieka psychiczno-fizycznie. Siedzę jak ten pajac w ławce, mniejsza że nie rozumie co nauczyciel mówi do mnie, ale siedzę. A co? przecież nie będę stał.
Podczas pisania programu na zaliczenie kompilator się zawiesza, tracę prawie ukończony program. Kurwa jak ja nienawidzę programowania. 3 godziny pracy poszły się jebać.
W oczach nauczycieli widać zmęczenie i złość, złość odbijającą się na uczniach. Pisz! Odpowiadaj! Pisz! a najlepiej odpowiadaj pisząc.
Przerwy pomiędzy zajęciami mijają tak szybko, że nie mam czasu wyciągnąć nawet kanapki z plecaka i wysłuchuję

-Dlaczego jesz na lekcji? miałeś od tego przerwę!!

Jednak jeśli już zdarzę wyjść z klasy to zastaję pełne korytarze, nie ma nigdzie wolnego miejsca i muszę stać jak pień przez 20 minut. Stoję i daję sobą przepychać, a gruba pizda ma czelność powiedzieć do mnie:

-Mogłeś na mnie jeszcze wejść?!
-Jesteś za brzydka, nie narzygałbym nawet na Ciebie.

…ciśnie sie na usta, ale jestem kulturalny i nie powiem jej tego. Niech sobie myśli, że w tym starciu jest wygrana. Przyjdzie czas, że zobaczy moją fake.
Następne godziny, następne zapisane i wyrwane kartki z zeszytu, kolejne gorączkowo spisywane zdania z tablic. Kolega z ławki energicznie macha piórem które odmówiło posłuszeństwa. Zeszyt w czarnych kleksach, ławka w czarnych kleksach, moja bluza w czarnych kleksach. Zabić go czy oszczędzić? Marzę tylko, żeby znaleźć się w domu i zasnąć.

Dzwonek. Niedbale wrzucam zeszyt do plecaka i w pośpiechu opuszczam klasę, korytarz i wreszcie szkołę. Droga na przystanek ciągnie się niemiłosiernie, odczuwam każdy metr drogi w kościach. Najchętniej usiadłbym na chodniku i czekał aż ktoś mnie zaniesie do domu.

Autobus i przystanek. Standardowa podróż na tym odcinku autobusem trwa 2-3 minut, przejeżdżam jeden przystanek i wysiadam, by przejść na drugą stronę i przesiąść się do innego autobusu który zasadniczo jedzie w całkiem inna stronę, nie mniej jednak zatrzymuje się na przystanku który jest na tyle blisko mojego domu, że jestem w stanie pokusić się nań, aby uniknąć objazdu przez centrum. No i tu się zaczynają problemy. Wysiadam standardowo z autobusu i kieruję się w kierunku przejścia dla pieszych. W takie dni jak ten, przejście bez szwanku graniczy z cudem, sznury rozpędzonych samochodów przecinają pasy bez zastanowienia. Przejście składa się z 2 części i jest połączone wysepką. Po udanym dostaniu się na wysepkę, spędzamy jeszcze parę minut na próbie dotarcia na drugi brzeg. Nosz kurwa czasem się czuję jak Robinson Crusoe, tylko że on chodził w majtkach z liści. Po padającym wczoraj deszczu zostały kałuże, samochody przecinające przejście sukcesywnie ochlapują mnie. Teraz albo nigdy. Świadomy niebezpieczeństwa wbiegam na ulicę i przeskakuję pomiędzy autami. Uff udało się.
Widzę z daleka jakiś autobus podjeżdżający na przystanek, ale po wyglądzie jestem w stanie zidentyfikować go, że nie jedzie w moją stronę. Kobieta idąca obok mnie przyśpiesza kroku i zaczyna biec. Jeb! zahacza butem o wystający krawężnik i pełną siłą uderza głową o chodnik. Hah, nie potrafię się opanować z śmiechu. W takie dni jestem zimy jak głaz, każdy człowiek jest dla mnie wrogiem, mało tego- czerpię satysfakcję z nieszczęścia innych. Już jadąc autobusem nie potrafię zahamować radości spowodowanej fleshbeckami tego uderzenia, na mojej twarzy maluje się nieskrępowany uśmiech. Ahhh jakie życie jest piękne…

Dom. Pies od progu egzekwuje swoje prawo do spaceru, Matka od progu podaje mi śmieci do wyrzucenia. Cholera, wszystko wszystkim ale chciałbym usiąść po prostu w swoim fotelu i zapomnieć o tym chorym dniu…

Comments are closed.