Archive for the 'Literatura' Category

Wakacyjne lektury - Niesamowita słowiańszczyzna

Czytam sobie ostatnio Słowiańszczyznę Marii Janion. Znalazłam tam kilka interesujących wątków, jak gdyby Janion wydobyła - czy zwerbalizowała wątpliwości, które zawsze mnie nękały. Pierwszy z nich to pytanie, czy obrządek łaciński zaszczepiono na gruncie pogańskim, czy może, tak jak w Wlk. Brytanii, chrystianizacja następowała wielotorowo, a “przebojowość” kościoła niemieckiego sprawiła, że inne obrządki - jak ten zaprowadzony przez Cyryla i Metodego - zostały bezlitośnie wyrugowane.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego zostało tak mało materiałów piśmienniczych, czy w ogóle jakichkolwiek dowodów na istnienie religii przedchrześcijańskich na ziemiach Słowian. Nie ma podań, legend, bajek, nie ma zapisków mnichów zafascynowanych “innością”, jak w przypadku chrystianizacji Brytanii.

 

Externsteine - zachód słońca

Kiedy czytałam Janion, przypomniałam sobie, że w Europie nie zawsze tak bezlitośnie rozprawiano się z wiarą pogańską. Jeden z papieży wydał nawet kiedyś bullę, w której zaznaczał, że w trakcie chrystianizacji nie należy niszczyć pozostałości pierwotnej religii, ale je “wchłaniać”, naturalizować i wykorzystywać dla krzewienia chrześcijaństwa. Zastosowano to bodajże do Externsteine, kompleksu skał wapiennych w Niemczech, na skraju Lasu Teutoburskiego, które jeszcze dziesiątki tysięcy lat temu były miejscem kultu wędrownych plemion łowieckich, a później służyły mnichom chrześcijańskim.

Externsteine od strony jeziora

Dopiero zaczynam czytać Słowiańszczyznę. Ale to bardzo inspirująca lektura.

Legenda o Maguelonne

Magelona (Maguelonne), bohaterka prowansalskiego romansu rycerskiego, ułożonego wierszem ok. 1180 r. przez Bernarda de Treviers, przerobionego w prozie w roku 1457. Romans ten, nader popularny, tłumaczony był na wiele języków. W przekładzie polskim ukazał się w XVI w, a potem był wielokrotnie przedrukowywany.

Magelona jest córką króla Neapolu. Porwał ją ukochany, hrabia Prowansji Piotr. Gdy spała w lesie, kruk porwał jej czerwony szal z trzema pierścieniami, podarunek od Piotra i uleciał za morze. Piotr w łódce pomknął w pogoń za krukiem, ale uniesiony przez burzę, dostał się do niewoli korsarzy. Obudziwszy się, Magelona długo poszukiwała bezskutecznie ukochanego, w końcu wzniosła w Prowansji na wybrzeżu morskim kościół i szpital. Powróciwszy z niewoli, chory Piotr znajduje przytułek i opiekę w tymże właśnie szpitalu, gdzie spotyka ukochaną i jego miłość uwieńczona zostaje małżeństwem.

Król jest nagi czyli urlopowe czytanie na kolanie - cz. 2

Lem w ogóle jest świetny. Kiedyś uwielbiałam go za absurdy w rodzaju “mrówki krzesławki dręczypupy”, dziś, jako starsza już bądź co bądź pani, zaczytuję się w jego felietonach. Jego życie - jak życie całego tamtego pokolenia - było bardzo ciekawe, tylko on umiał z wypadków, które mu się przydarzyły, wyciągać wnioski. Ba, umiał też to opisać. Jego publikacje są na wysokim poziomie, to co mówił, i z jaką dozą znajomości, świadczyło zawsze o jego wykształceniu, a także o tym, że proces kształcenia trwał do ostatnich chwil. Dlatego myślę, że miał prawo, z perspektywy swoich 80 lat, pisać z zaniepokojeniem o trendach we współczesnej kulturze: “Panuje przy tym milczący terror - nie wolno wybrzydzać. Słonimski przez całe swoje życie wybrzydzał na nowoczesną poezję, ale teraz już nie wolno mówić, że to niedobre, kiedy nie na rymów i rytmów. Kto z czymś podobnym wyjedzie, traktowany jest tak, jakby coś brzydkiego zrobił albo powiedział w obecności królowej. I to jest smutne.”

Poezja nie musi być zamknięta w strukturę wiersza i rymów. Poezją może być nawet proza, jeśli jest dość poetycka. Ale czy to znaczy, że formuła wiersza klasycznego się zużyła? Nie rozumiem, dlaczego rymy, kropki i przecinki, i myślniki w wierszu muszą świadczyć o tym, że jest bezwartościowy, a o tym przekonywała mnie kiedyś pewna studentka polonistyki. “Bo sugerują interpretację” - mówiła. A czemu to źle? Czemu nie mogę zasugerować czytelnikowi, jak powinien interpretować wypluwki mojej wyobraźni? To nie ma być wiersz na każdą okazję, w zależności od interpretacji, od tego, kto go interpretuje, to ma być mój wiersz, z moimi przemyśleniami, oparty o moje doświadczenie i moją wrażliwość na świat i ludzi. Jeśli na polonistyce uczy się ludzi, że wiersz NIE MOŻE MIEĆ PRZECINKÓW I RYMÓW, to nic dziwnego, że nikt - poza takimi laikami jak ja - nie odważy się nawet napisać rymowanego wiersza z przecinkami.

Po prostu nie rozumiem, dlaczego o wartości wiersza ma decydować to, czy ma rymy, kropki i przecinki, a nie przesłanie jakie niesie i odczucia, jakie wywołuje.

No cóż, parafrazując pewnego radiowca: nie rozumiem zakrzywienia czasoprzestrzeni, nie rozumiem dlaczego wiersz MUSI być biały. Może kiedyś zrozumiem…

Król jest nagi czyli urlopowe czytanie na kolanie

Król jest nagi, powiedział Lem, gdy zapytano go o stan współczesnych sztuk wizualnych. A czytałam “Świat na krawędzi” zaraz po “Ostatniej Wieczerzy” Pawła Huelle. I tak się złożyło, że u obu pisarzy znalazłam dość podobne podejście do tzw. sztuki współczesnej. Huelle pokazuje w niej dwa przeciwstawne typy artystów: Mateusza, który uważa, że trzeba malować jak Tycjan i Inżyniera, który z obrazów pierwszego notorycznie robi brzytwą frędzelki, bo tak go strasznie mierzi malarstwo klasyczne, a uwielbia to, co w sztuce nazywa się action direct.

Cała powieść, dość rozbudowana i wielowątkowa, skupia się wokół pomysłu Mateusza, który chce namalować Ostatnią Wieczerzę, z udziałem swych przyjaciół z czasów młodości. Przyjaciele w niczym nie przypominają świętych apostołów, może bardziej podobni są wszyscy do Judasza. Akcja powieści umieszczona została w Polsce bliźniaków, gdzie kwitnie handel winem Monsignore i przemysł zaspokajania drogich potrzeb seksualnych, a pomysłowi hochsztaplerzy zbijają majątki na najrozmaitszych komercyjnych pielgrzymkach i zbiorowych medytacjach.

Obraz Mateusza kończy marnie, gdy dwunastu młodych w maskach gazowych strumieniami chemikaliów oblewa dzieło, a wszystko zostaje sfilmowane dwiema ukrytymi kamerami. Tzw. awangardycy przedstawiają film na Open Art of World podczas wystawy “Przekraczanie granic” i otrzymują za ten performance wyróżnienie. Malarz Mateusz ląduje w szpitalu z zawałem, a Inżynier - ojciec chrzestny akcji - chlubi się w gazecie: “Ci młodzi ludzie zostaną ukarani grzywną, lecz trzeba ich zrozumieć, ponieważ mamy, proszę państwa, do czynienia z walką prawdziwej, nowoczesnej sztuki z kiczem”. “Zuzanna Wiatrak, była solistka pantomimy, przed kamerami potwierdziła, że strata jest niewielka, skoro mieliśmy do czynienia z kiczem”. Inżynier triumfował, a prasa huczała od akademickich sporów na temat wyższości sztuki współczesnej nad klasycznymi bohomazami i wyższością awangardyków nad malarzami typu nieszczęsnego Mateusza.

To oczywiście tylko jeden z motywów książki, ten, który mi podpasował do mojej serii rozważań na temat upadku sztuk wizualnych. I znów wspominam, co powiedział Lem: “Mogę być po stokroć agnostykiem, i co pan jeszcze chce, ale jak czytam, że jakiś artysta wsadził krucyfiks do naczynia z moczem, to się wszystko we mnie burzy.” No cóż, w naszym kraju mieliśmy już nieraz dyskusje na ten temat - papież przywalony meteorytem, męskie genitalia rozwieszone na krzyżu. I ciągle ktoś protestował, że obraza uczuć religijnych, że świętokradztwo. Ale przecież tu nie chodzi wcale o uczucia religijne. Moja wiara nie ucierpi od takich performansów, bo w ogóle nie ma żadnej styczności między religią a tego rodzaju “sztuką”. Tu chodzi o estetykę i funkcję sztuki jako takiej. Jeśli nie ma ona nieść doznań estetycznych, a jedynie bulwersować - to OK, powiedzmy sobie, że żyjemy w epoce tabloidyzacji sztuki - i dawaj! I huzia na Józia! Jakie tu mamy pole do popisu! Członek w szklance, dziesięć uciętych palców, w tym jeden czarny, gruba baba na sedesie w action direct, tańczący nadzy starcy, płód króliczka miniaturki na talerzu, przyszpilony wykałaczką do ostrej papryczki, balon z powietrzem z poziomu trzeciego kopalni węgla kamiennego i fiolka z zapachem wody kolońskiej “Oddech Prałata”.

Tylko kto to ma kupować? Muzea? OK, zalegają takie “dzieła” podziemia wielu muzeów, od czasu do czasu ktoś je wygrzebuje, ociera z kurzu i pokazuje. Ale dla mnie to nie sztuka, tylko żerowanie na sensacji - ta sama choroba toczy zresztą dziennikarstwo. Na dziennikarskich sensacjach pasie się ego przeciętniaków, a na stabloidyzowanej sztuce rozkwita snobizm. Ale jeśli awangardycy liczą na to, że utrzymają się z dzieł sprzedawanych snobom, to się mylą - snobi w swoich domach mają na ścianach Kossaków i Wyczółkowskich.

I znów nikt nie ma odwagi zawołać: Ludzie, to nie jest sztuka. Król jest nagi!

Słowa kluczowe: Stanisław Lem, Paweł Huelle, Ostatnia Wieczerza, Świat na krawędzi, sztuka, malarstwo, snobizm, krytyka, Ostatnia wieczerza, action direct.

No to wracam do bloga - jedną nóżką na razie…

Urlop to wspaniała pora roku! Można czytać, można udawać, że cię nie ma w domu, można zgubić kapsel od obiektywu w jeziorze i się tym nie zdenerwować… Można zapomnieć brać leki na ciśnienie i z 200/105 latać jak mały Kaziu po piwku, nawet nie wiedząc, że żyłki napięte na maksa i lada chwila a pękną… Uwielbiam urlop, zwłaszcza dlatego, że mogę czytać, a nie muszę pisać…

No i jak tak sobie czytałam ostatnio, to okazało się, że moje niemodne poglądy na sztukę i poezję dzieli jeszcze co najmniej dwóch pisarzy. Jeden co prawda niedawno umarł, ale drugi jest moim rówieśnikiem i jest szansa, że lepiej dba o swoje ciśnienie niż ja i pociągnie jeszcze co najmniej tyle, co ten pierwszy, co już umarł…

Ja wiem, że to trochę skomplikowane, ale rzecz jest prosta - pierwszy to Lem, a drugi to Paweł Huelle. Lema sobie poczytałam w formie wywiadów Fiałkowskiego (Świat na krawędzi), Huelle ubawił mnie i zamyślił Ostatnią wieczerzą.

Miło tak czytać i obserwować, że są ludzie, co nie boją się mówić “król jest nagi”, może nie krzyczą, ale ze wstydem zerkają spod oka, równie zdziwieni jak ja, że król paraduje na golasa i nikt mu tego nie chce powiedzieć.

W rozmowie ósmej Lem mówi o upadku sztuk wizualnych: “Mówiło się kiedyś o dwóch szkołach we francuskim malarstwie: crachage spontané i crachage dirigé. Malarz brał farbę w usta i pluł na płótno; robił to albo na ślepo, z zamkniętymi oczami, o to było spontané, albo celując w jakiś punkt, i to było dirigé.” Pamiętam ostatnią, czy przedostatnią wystawę dyplomów w warszawskiej ASP - chodziliśmy z mężem i zastanawialiśmy się, kto zwariował, czy my - czy dyplomanci. Na palcach jednej ręki mogliśmy policzyć rzeczy wartościowe. A przecież nie jesteśmy takimi strasznymi laikami. Na szczęście wiek pozwala mi już marudzić - więc wołam: Król jest nagi! I wy chcecie, żeby was kupowano?

Czy to wielkie prześcieradło w odbite czerwone dłonie
jest dziełem, które ma zawisnąć w moim salonie?

Lem mówi: “Martwi mnie, że ludy świata nie protestują przeciw głupstwu. Widać z tego, że nie ma granicy snobizmu. Jak się ludziom wmówi, że kamienie obrobione nurtem rzecznym w Rabie są wybitnymi dziełami sztuki, bo je wystawiono w galerii, to uważają, że trzeba to uszanować i kamieniami się zachwycać: chodzą i oglądają.” “Kiedyś w Berlinie poszedłem na wystawę zatytułowaną Nad wodą. Stało sobie koło dwustu plastikowych wiader pełnych wody, i to była właśnie ta wystawa.”

Nic dodać, nic ująć. Lema będzie mi brakować… Na szczęście napisał tyle, tyle jest też z nim wywiadów. Niech żyje urlop, najpiękniejsza pora roku. Wrócę do tej tematyki w następnych postach.

Słowa kluczowe: Stanisław Lem, Świat na krawędzi, sztuka, malarstwo, snobizm, wywiad, krytyka, Ostatnia wieczerza, crachage spontané, crachage dirigé.

Literatura japońska

Na jej czele stoją dwa dzieła historyczne, napisane chińskimi ideogramami: „Kojiki” („Dzieje starożytne”, ukończone w r. 712 n.e., sięgające od doby bogów i bohaterów aż do 628 n.e.) i „Nihongi” (ilustracja po prawej) („Roczniki japońskie”, ukończone w r. 720, sięgające r. 696)

Wy­nikiem ruchu narodowego był zbiór pieśni „Manyoshu” („dziesięć tysięcy listków”, przez Yakamochi, 759, nieukończony). Przykładami dawnej liryki japońskiej są „Kokinshu” („Dawne i nowe poezje”), w których najwybitniejszymi poe­tami są Narihira (825—880) i Tsurayuki (882— 946), jeden z redaktorów, jako autor „Tosanikki” („Dziennik z Tosa”), również pierwszy japoński prozaik, posługujący się pismem japońskim.

Krótkie poezje japoń­skie przybrały formę pięciowierszową, zwaną „tanka” (5 + 7 + 5 + 7 -f, 7 zgłosek), dalszym jej zwężeniem „haikai” (haiku) (5 + 7 + 5 zgłosek.)

Pierwszymi pomnikami epiki były romantyczne „Monogataris” (X—XIII. w.); jeden z najpierwszych: „Ise-Monogatari” opowiada losy poety Narihira; najsławniejszy to „Genji-Monogatari” pani Murasaki Shikibu (ok. 1000) (ilustracja po lewej) , kla­syczne arcydzieło prozy japońskiej. Rodzajem epopei ludowej jest „Heike - Monogatari” (XIII. w.).

Liryka i epika upadają w XVII wieku, ustępując ruchowi literacko-naukowemu. Na miejsce buddyjskiej mistyki i scholastyki średniowiecza, pod wpływem chińskim, powstaje neokonfucjanizm, przechodzący podobne koleje jak nowa środkowo-europejska filozofia tych czasów.

Ihara Saikaku (1642-93)toruje drogi powieści, a na szczyt wznosi ją Kyokutei Bakin (1767—1848). Głównymi przedstawicielami działalności krytycznej, zwiastującej nadejście odrodze­nia, są Karno Mabuchi (1697—1769) i jego uczeń Motoori Norinaga (1730—1801).

Dramat, wywo­dzący się z komicznych intermediów w religij­nych misteriach szintoistycznych oraz z wzorów chińskich rozwija się szczególnie w XVII i XVIII w. Japońskim Szekspirem i Molierem zarazem jest Chikamatsu Monzaeuion (1653-1724). Uprawiane są też tzw. „no”, zbliżone do dawnych oper europejskich (sięgające X. w., do szczytu dochodzące w XV. w.), oraz deklamacyjne „Joruri”, a także teatr marionetek.

Modernizm japoński rozpoczął się ok. 1880 pod wpływem europejskim, zwłaszcza an­gielskim. Tłumaczy się autorów obcych, Tsubouchi Yuzo (piszący pod pseudonimem Tsubouchi Shoyo, po prawej), powieściopisarz i poeta dra­matyczny, pisze rozprawę o duchu literatury powieściowej, a Toyama Masakazu, Yatabe Ryokichi i Tetsujiro Inouye wydają swe „Poezje w nowym stylu” (Shintaishisho).

Kawakami, za­łożyciel „Soshi Shibai” („Młoda scena”) prze­kształca teatr japoński na wzór europejski. Nowo­czesna literatura filozoficzna i naukowa znajdują się wówczas pod wpływem europejskim, choć, zwłaszcza w środowiskach buddyjskich, przejawiają się dążenia do nawiązani łączności z tradycją narodową.

Książka “numero uno”

Nabyłam sobie drogą kupna antologię wierszy w przekładzie Barańczaka pt. “Fioletowa krowa”. To oczywiście antologia wierszy żartobliwych, znałam ją już z pierwszego wydania, ale pożyczona na 2 tygodnie nie zaspokoiła w pełni moich potrzeb duchowych.

Teraz jestem szczęśliwą posiadaczką fioletowej krowy i gdy tylko czuję się paskudnie, jak dziś, gdy patrzę sobie na chamstwo i arogancję naszej nowej lepszej władzy - sięgam po tę książkę, żeby się wyluzować. A oto limeryk w przekładzie Barańczaka:

W środku pampy śpiewał gaucho Bruno:
“Dźwięcz, gitary mej miłosna struno!
Podnieca mnie i dama,
I pastuch, kawał chama,
Ale lama to
numero uno!”

Key words: fioletowa krowa poezja stanisław barańczak limeryk limeryki antologia