Indianie oczami Europejczyka (rok 1893)
“Koło stacji Sentinel Butte przekraczamy granicę między Dakotą i Montaną. Tu możemy oglądać słodko wodne pokłady eoceńskie, spoczywające na Laramie, bardzo podobne do analogicznych warstw w Colorado i Utah. W tem ostatnim terytorium będziemy mieli sposobność jeszcze raz podziwiać „bad lands” i to we większych rozmiarach, w VIII. więc rozdziale załączani rycinę tego ciekawego zjawiska.
Przejeżdżamy po pod cały szereg rezerwacji Indian. Rezerwacjami [rezerwatami] nazywają się obszary, wyznaczone przez rząd Stanów Zjednoczonych do mieszkania Indianom. Dawnym panom tej ziemi odebrano wszystko, spędzono kupami w pewne miejsce i nakazano się grzecznie zachowywać, aby nie zawadzali białej twarzy. Mamy więc często sposobność widzieć te dzieci Manitou, - przychodzą bowiem na dworce kolejowe, aby żebrać i sprzedawać rzekomo swoje wyroby, jak sieci, ubiory, stroje z piór na głowę i t. p. W rzeczywistości jednak wszystkie te drobiazgi pochodzą ze sąsiednich kramów, - i podobnie jak np, w Paryżu, istnieją całe fabryki wschodnich wyrobów, które później poczciwi Europejczycy kupują gdzieś w głębi Algieru lub Egiptu za drogie pieniądze, tak i tu istnieją po miastach zakłady przemysłowe, wyrabiające „prawdziwe oryginalne indyjskie wyroby”. Spoglądając na te miedziane, bezmyślne, uśmiechnięte twarze, ocienione twardym długim włosem , który zwisa jak stara strzecha, sądzić by można, że ma się przed sobą naiwnego, ale poczciwego głuptasa. A przecież za tym niepoczesnym obliczem kryje się przebiegły, krwiożerczy tygrys, którego najwyższą rozkoszą jest patrzeć się na męki i powolne, bolesne konanie swego wroga.
Osadnicy dalekiego zachodu mają swoje pewne utarte poglądy, na kwestię Indian. Jeżeliby ktoś z dalekiej Europy, mając głowę nabitą romansami Coopera, zaczął w „Far “West” ogłaszać zasady równouprawnienia wszystkich ludzi, i chciał wypowiedzieć dobre słówko w obronie Indian, naraziłby się niezawodnie na lynch.
Traper, żyjący w sąsiedztwie osad indyjskich, uważa każdego Indianina za rodzaj wściekłego psa, którego najszybsze wytępienie jest pożytecznym dla obu stron. I nie ma się czego dziwić, przebył on w swym życiu całą tragedię męczeństwa, - jego żona, jego dzieci, jego brat - wszyscy poginęli wśród mąk i katuszy, na stosach i pod nożami czerwonoskórych, on pozostał przy życiu, aby się mścić , i gdyby jego karabinek, przewieszony przez plecy, umiał mówić i nazwać wszystkich tych czerwonych wojowników, ku którym zwracał swą, śmierć niosącą, paszczę, - jakiż by to legion się zebrał!
Trudno mieć pojęcie o tym okrucieństwie, o tej zajadłości, z jaką ściga Indianin białego, - jeżeli mu się do tego nadarzy sposobność. Niech nikt nie sądzi, że opowieści o walkach z czerwonoskórymi należą do odległej przeszłości, że zrabowane farmy i napadnięte wozy pocztowe, lub pociągi kolejowe, znajdują się tylko w powieściach Gerstackera, wszakże niedawno dopiero zastrzelono Sitting Bulla*), banda jego istnieje dalej, a nawet podnosi głowę, - jak to wkrótce bliżej opowiem.
Nie pomogą tu nic idealne pojęcia o wyższym stanowisku człowieka, nie uda się zatuszowanie odwiecznych praw przyrody, tu występuje walka o byt w całej swej brutalnej, ale koniecznej postaci, więc niestety! wszelkie bawienie się w sentymentalność nie jest na miejscu.
Uprzejmości sekretarza (ministra) spraw wewnętrznych pana John Noble zawdzięczam urzędowe sprawozdanie o kwestyi Indy an w r. 1891, z którego czerpię następujące szczegóły.
W r. 1890 żyło w Stanach Zjednoczonych - - nie licząc do tego Alaszki 249.273 Indyan, a mianowicie:
1.Indianie w szkołach lub rezerwacjach pod kontrolą „Indian Office” 133.382
2.Indianie 5 „cywilizowanych” szczepów:
Cherokee 29.599
Chickasaw 7.182
Choctaw 14.397
Creek 14.632
Seminole 2.561
Razem 68.371
Odjąwszy od tego pewną liczbę jako przypuszczalnie obcych, znajdujących się czasowo w obrębie cywilizowanych szczepów, otrzymamy jako ogólną cyfrę ludności tych ostatnich 66.289.
3. Pueblos w N. Meksyku 8.278
4. „Sześć narodów” w Stanie nowojorskim 5.304
5. Wschodni Cherokeesi w północnej Karolinie 2.885
6. Indianie, żyjący samodzielnie w rozmaitych Stanach, a wciągnięci do ostatniego spisu ludności 32.567
7. Indianie (Apachy) internowani po ostatnich
rozruchach w Mt. Vernon 384
8. Indianie, odsiadujący karę za zbrodnie w aresztach 184
Razem 249,273
To są resztki autochtonów amerykańskich; jak śnieg na wiosnę w promieniach słońca, - tak znikają dzieci Manitou przed białą twarzą!
Key words: Indianie, Ameryka, opis, autochtoni, ludność pierwotna, wytępienie, Indian, rezerwaty, Sitting Bull
Akwitania (łac. Aquitania) - część starożytnej Galii, pomiędzy Pirenejami a Garonną.
(Tekst na podstawie wspomnień podróżniczych Jana Kowalewskiego, pocz. XX wieku, w większości zacytowany dosłownie.)
Z każdego miejsca, o każdej porze roku, dnia, niemal w każde] chwili monumentalny stożek Fudżi napawa oko i serce innym wrażeniem. Dziś cała góra płonie jasną aureolą wschodzącego z poza niej słońca.
Nazwa Fuji ma kilka znaczeń, jak wszystko zresztą w tym kraju homonimów, i oznacza: „nieporównane”, „nieśmiertelne”, życiodajne”, „uczone”. Pochodzenie tej nazwy nie jest ustalone.
Wejście na górę nie przedstawia większych trudności. Na szczyt prowadzi kilka ścieżek, podzielonych na stacje ze schroniskami. Wejście na górę trwa 10 godzin; obejście krateru 2, a zejście 3 godziny — tak, że jeden dzień wystarczy, ażeby zwiedzić Fudżijamę. Zwykle jednak zwiedzający i pątnicy, gdyż wycieczka na Fudżi uważana jest za pewnego rodzaju religijną pielgrzymkę, zostają na górze na noc, nocują na 7-ej lub 8-ej stacji, ażeby widzieć z góry wschód słońca nad oceanem. Zwyczaj ten nazywa się „Goraiko”. Obrazuje on ciekawą stronę duszy japońskiej, w której prawie zawsze piękno natury powoduje odruchy religijności. Pielgrzymki wszelkiego rodzaju niezwykle rozpowszechnione w Japonii, żadna jednak z nich nie wywołuje tego szczególnego wzruszenia, jakie budzi widok pątników w białych płaszczach, mozolnie wdrapujących się na ostrą, zaśnieżoną pochyłość Fudżi. Patriarchalności dodają im długie kor-go-zue, kije, na których opierają się, pomagając swym starym, zesztywniałym nogom. A potem, po przenocowaniu na prostych matach, rozesłanych na ziemi w prymitywnych barakach, zastępujących schroniska, tłum białych postaci oczekujących najwspanialszego widoku Japonii. Wreszcie nieziemskie piękno wschodzącego słońca i ta komunia z życiodajną gwiazdą na szczycie kryształowym góry, gdzieś ponad zakrytą mgłami ziemią daleką i niewidoczną. Jest legenda, że ziemia, którą za dnia znoszą na stopach schodzący pielgrzymi, wraca co noc z powrotem pod górę na miejsce, skąd została poruszona.
Fudżi leży nad starym szlakiem Kioto — Tokio, łączącym zachodnie prowincje ze wschodnimi, to też nie ma Japończyka, któryby nie znał Fudżijamy zbliska. Droga, okalająca Fudżi u jej podnóża, jest zwiedzana równie często jak i szczyt góry i każdy bardziej charakterystyczny widok na Fudżi nosi specjalną nazwę: „Sakasa Fuji” czyli „odwrócona Fudżi” oznacza Fudżi odbitą w wodach jeziera Ha-kone. „Kagami Fuji” czyli „zwierciadło Fudżi” - tak samo. Z dokładnego odbicia Fudzijamy jest znane jezioro Kawaguchi w południowej swojej części. „Hidari Fuji” czyli „lewa Fuji” zwie się widok na górę z okolicy wsi Nango, gdzie - dzięki gwałtownemu skrętowi drogi - podróżny idący z Tokio do Kioto, widzi górę z lewej, a nie z prawej strony drogi. „Kage Fuji” czyli „cień Fudżi” oznacza cień góry padający o wschodzie słońca na mgły i chmury spowijające podnóże Fudżi. Z Tokio w pogodne dni widać szczyt Fuji, ale tylko z niektórych miejsc. W dawnym polskim poselstwie na Azabu-Ku była na piętrze ubikacja z wąskim okienkiem, wychodzącym na zachód. Z tego okienka widać daleki śnieżny szczyt góry. Autor tego artykułu, Jan Kowalewski, pisał na początku XX wieku o admiratorach pięknych widoków, którzy przesiadywali o zachodzie słońca w jasne dnie długie chwile w tym szczupłym lokalu skromnego przeznaczenia, ażeby przez lornetkę napawać się różowym cudem widniejącym na błękitno fioletowem tle wieczornego nieba.