Archive for lipiec, 2007

Kino: Siedmiu samurajów

Akira Kurosawa to moja absolutna miłość. Jego niezwykłe, bardzo japońskie filmy cechuje taki ładunek wartości humanistycznych, że wielokrotnie porywano się na ich przeróbki. Remake Siedmiu samurajów jest najbardziej znany (Siedmiu wspaniałych). Ale były też inne: Rashomon (1950) to The Outrage z Paulem Newmanem, Za garść dolarów (1964) w reżyserii Sergio Leone powstał zaś na podstawie filmu Kurosawy Straż przyboczna (1961). Zresztą Kurosawa też czerpał z tradycji westernowej - co widać w scenach samurajskich “pojedynków w samo południe” i specyficznej atmosfery panującej w miasteczkach, które pokazuje.

Oglądaliśmy kiedyś Siedmiu samurajów w towarzystwie góralskiej rodziny, która bardzo żywo kibicowała japońskim chłopom, ale największą radość sprawiało im to, że ci Japończycy biegają “prawie na golasa”. Nie jestem pewna, czy humanistyczny przekaz opowieści dotarł do tych widzów. Być może jednak potrzebna jest do odbioru tych filmów pewne doświadczenie w dziedzinie innych kultur i tolerancja, to z czym ma zamiar walczyć nasz nieoceniony MENister G.

Treść znają pewnie wszyscy, choćby z Siedmiu samurajów, którzy są dość dokładnym remakem, choć oczywiście w zmienionej rzeczywistości. Mieszkańcy biednej wioski podejmują dramatyczną decyzję o przeciwstawieniu się bandzie rabusiów i morderców, którzy co roku napadają na nich po zbiorach. W tym celu postanawiają wynająć ronina. Jedyne wynagrodzenie, jakie chłopi mogą zaoferować, to skromne wyżywienie.

Kilku chłopów wyrusza na poszukiwanie pomocy. Spotykają niejakiego Kambei (Takashi Shimura), samuraja, który nie bacząc na nędzną zapłatę podejmuje się tego trudnego zadania zadania. Wyszukuje on pięciu innych roninów, wśród których jest też Kikuchiyo, wieśniak udający samuraja (Toshiró Mifune, kolejna moja miłość). Niestety, nie zostaje on zaakceptowany przez resztę i wlecze się za nimi w tyle, by w końcu wykazać swoją wartość i zostać przyjętym do szlachetnego grona.

Film jest pełen scen komicznych i tragicznych, ale największe wrażenie robi zakończenie. Trzech spośród siedmiu wojowników stoi nad grobami poległych towarzyszy, a wieśniacy, dla których ponieśli oni tak wielką ofiarę, dawno już o nich zapomniawszy, sadzą ryż… Bo wiadomo, chłop jest chłopem, i choćby gwoździe z nieba leciały, a świat zmieniał się nie do poznania, dla chłopa ważna jest ziemia i plony, a śmierć jest równie naturalnym składnikiem życia jak zasiewy i zbiory.

Przynajmniej tak było przed dopłatami. Teraz ważne są dopłaty. A plony się zaorze…

Fudżijama

(Tekst na podstawie wspomnień podróżniczych Jana Kowalewskiego, pocz. XX wieku, w większości zacytowany dosłownie.)

Hokusai i piękna góra

Hokusai, mając lat siedemdziesiąt sześć, wykonał jedno z największych swoich arcydzieł: ,,Fuji Hyakkei” czyli „Sto widoków Fudżi”.
Kilka zamieszczonych tutaj zdjęć z drogi dookoła podnóża Fudżi nie oddaje nawet w części piękna i harmonii tej cudownej sylwety, wyrastającej samodzielnie z rozległej, jałowej równiny i nie wyczerpuje efektów, które natchnęły starego Hokusai do stworzenia swych stu nieśmiertelnych drzeworytów.

Z każdego miejsca, o każdej porze roku, dnia, niemal w każde] chwili monumentalny stożek Fudżi napawa oko i serce innym wrażeniem. Dziś cała góra płonie jasną aureolą wschodzącego z poza niej słońca.
Światło przelewa się przez jej grzbiet i nasyca swoim ciepłym drganiem przezroczyste, jak kryształ, różowe powietrze poranka. To znów całkowicie osypana śniegiem, jak duch opiekuńczy czuwa nad swymi wyspami i patrzy na dalekie zadyszane statki, prujące wody oceanu, albo przegląda się kolejno w spokojnych turkusach jezior, którymi wysadzone jest

UWAGA; Wszystkie nazwy geograficzne i wyrazy japońskie są podane w pisowni japońskiej ,,romaji”.
Litery należy wymawiać jak łacińskie z wyjątkiem następujących kombinacji:

ji — jak dżi
ch— jak cz
sh — jak sz
o — długie o

Fudżijama jest najpopularniejszą górą na całym świecie, dzięki sztuce japońskiej, której służy za niewyczerpane źródło natchnienia. Motyw Fudżi spotyka się niemal na wszystkim co jest japońskie, na porcelanach, fajansach, wyrobach z laki, drzeworytach, rzeźbach, inkrustacjach, tkaninach itd.

Nazwa

Nazwa Fuji ma kilka znaczeń, jak wszystko zresztą w tym kraju homonimów, i oznacza: „nieporównane”, „nieśmiertelne”, życiodajne”, „uczone”. Pochodzenie tej nazwy nie jest ustalone.
Najprawdopodobniej pochodzi ona od jakiegoś ajnoskiego pierwiastka, który potem uległ fonetycznym zmianom. Dziś najczęściej zwą ją Fuji san (san — po chińsku pan) lub Fuji no yame (yame — po japońsku góra). Lud okoliczny po prostu tytułuje ją ,,O Yame” — czyli „szanowna góra”.

Geografia i geologia

Fudżi stanowi środek łańcucha gór, zwanego Łańcuchem Wulkanicznym Fudżi. W wiekach średnich, aż do XIV wieku, Fudżi była czynnym wulkanem. Dziś wygasła, jak wiele innych, sąsiadujących z nią wulkanów Futago, Koma-ga-take i innych. Ostatnia erupcja Fuji miała miejsca w roku 1707 — 1708, w okresie historycznym Hoei. Podczas tych wybuchów powstał na południowym jej zboczu wtórny stożek z kraterem, który obecnie narusza regularność zarysów Fuji. Garb ten, od nazwy okresu, zwie się Hoei-Zau. W kraterze Fudżijamy leży śnieg i tylko z nielicznych szczelin na krawędzi sączy się para, dostatecznie gorąca, aby na niej móc ugotować jajko. Krawędź jest poszczerbiona i nierówna. Najwyższym punktem krawędzi jest szczyt Kenga-mine, wznoszący się na 3785 metrów ponad poziom morza.U stóp Fuji leżą liczne jeziorka i płynie bystra, pełna niebezpiecznych progów skalnych Fuji-gawa.

Turyści i pielgrzymi

Wejście na górę nie przedstawia większych trudności. Na szczyt prowadzi kilka ścieżek, podzielonych na stacje ze schroniskami. Wejście na górę trwa 10 godzin; obejście krateru 2, a zejście 3 godziny — tak, że jeden dzień wystarczy, ażeby zwiedzić Fudżijamę. Zwykle jednak zwiedzający i pątnicy, gdyż wycieczka na Fudżi uważana jest za pewnego rodzaju religijną pielgrzymkę, zostają na górze na noc, nocują na 7-ej lub 8-ej stacji, ażeby widzieć z góry wschód słońca nad oceanem. Zwyczaj ten nazywa się „Goraiko”. Obrazuje on ciekawą stronę duszy japońskiej, w której prawie zawsze piękno natury powoduje odruchy religijności. Pielgrzymki wszelkiego rodzaju niezwykle rozpowszechnione w Japonii, żadna jednak z nich nie wywołuje tego szczególnego wzruszenia, jakie budzi widok pątników w białych płaszczach, mozolnie wdrapujących się na ostrą, zaśnieżoną pochyłość Fudżi. Patriarchalności dodają im długie kor-go-zue, kije, na których opierają się, pomagając swym starym, zesztywniałym nogom. A potem, po przenocowaniu na prostych matach, rozesłanych na ziemi w prymitywnych barakach, zastępujących schroniska, tłum białych postaci oczekujących najwspanialszego widoku Japonii. Wreszcie nieziemskie piękno wschodzącego słońca i ta komunia z życiodajną gwiazdą na szczycie kryształowym góry, gdzieś ponad zakrytą mgłami ziemią daleką i niewidoczną. Jest legenda, że ziemia, którą za dnia znoszą na stopach schodzący pielgrzymi, wraca co noc z powrotem pod górę na miejsce, skąd została poruszona.

Rok rocznie na Fudżi wchodzi koło 20 tys. ludzi i to w ciągu lipca i sierpnia, które są najdogodniejsze pod względem temperatury i pogody. Zimą nie próbowano się wedrzeć na ten śniegowy stożek ze względu na panujące jakoby w górze silne wichury, niebezpieczne dla podróżnika. Pierwszy raz wdrapał się na Fudżi w zimie pewien młody Amerykanin w styczniu 1923 roku. Był to prawdziwy ewenement sportowy dla prasy Tokijskiej. Według relacji Amerykanina, droga była łatwa i pogoda znakomita. Ciekawym był fakt, że nawet przewodnik goriki odmówił przy 5-ej, czy 6-ej stacji od Gotemby dalszego wchodzenia. Do niedawna kobietom nie było wolno wchodzić wyżej, niż do 8-ej stacji, pierwsza złamała ten obyczaj Angielka, Lady Parkes, w 1867 roku. Na południowych stokach Fudżi założył w XII wieku tereny myśliwskie Yoritomo, pierwszy szogun z rodu Minamoto. Na terenach tych na początku XX wieku znajdował się poligon artyleryjski.

Legendy

Z górą Fudżi związanych jest dużo podań. Niegdyś, kiedy była jeszcze czynną, jako wulkan, była ona symbolem namiętnej miłości.Później związano z nią podanie o eliksirze wiecznego życia. Dziś według wierzeń miejscowych, górę Fudżi zamieszkuje bogini, zwana „Kono hana saku ya hine”, co znaczy „księżniczka, która każe kwitnąć pąkom drzew”.

Krajobrazy

Fudżi leży nad starym szlakiem Kioto — Tokio, łączącym zachodnie prowincje ze wschodnimi, to też nie ma Japończyka, któryby nie znał Fudżijamy zbliska. Droga, okalająca Fudżi u jej podnóża, jest zwiedzana równie często jak i szczyt góry i każdy bardziej charakterystyczny widok na Fudżi nosi specjalną nazwę: „Sakasa Fuji” czyli „odwrócona Fudżi” oznacza Fudżi odbitą w wodach jeziera Ha-kone. „Kagami Fuji” czyli „zwierciadło Fudżi” - tak samo. Z dokładnego odbicia Fudzijamy jest znane jezioro Kawaguchi w południowej swojej części. „Hidari Fuji” czyli „lewa Fuji” zwie się widok na górę z okolicy wsi Nango, gdzie - dzięki gwałtownemu skrętowi drogi - podróżny idący z Tokio do Kioto, widzi górę z lewej, a nie z prawej strony drogi. „Kage Fuji” czyli „cień Fudżi” oznacza cień góry padający o wschodzie słońca na mgły i chmury spowijające podnóże Fudżi. Z Tokio w pogodne dni widać szczyt Fuji, ale tylko z niektórych miejsc. W dawnym polskim poselstwie na Azabu-Ku była na piętrze ubikacja z wąskim okienkiem, wychodzącym na zachód. Z tego okienka widać daleki śnieżny szczyt góry. Autor tego artykułu, Jan Kowalewski, pisał na początku XX wieku o admiratorach pięknych widoków, którzy przesiadywali o zachodzie słońca w jasne dnie długie chwile w tym szczupłym lokalu skromnego przeznaczenia, ażeby przez lornetkę napawać się różowym cudem widniejącym na błękitno fioletowem tle wieczornego nieba.

Ostatni rzut oka na Fudżi

Odjeżdżających z Jokohamy długo żegna zawieszony w powietrzu, jakby oderwany od ziemi i zawieszony wysoko na niebie „Sa-kasa ogi” — „odwrócony wachlarz” Fudżijamy. Gdy statek mija przylądek Suposaki i, wziąwszy wschodni kurs, wypływa na pełny ocean, wybrzeże zatoki Sagami znika, a horyzont zaciera się mgłami. I tylko ponad szarzejącą linią, która znaczy daleki już ląd japoński, bieleje jak duch opiekuńczy widmo Fuji-no-Yamy.

Na podstawie tekstu Jana Kowalewskiego, I poł. XX w.

Yerba mate

Yerba mate (Ilex paraguariensis) to wiecznie zielony krzew południowoamerykański (Argentyna, południowa Brazylia, Paragwaj i Urugwaj; naturalizowany w Teksasie).

Zwany herbatą jezuitów, ponieważ to właśnie jezuiccy misjonarze zaczęli go uprawiać na większa skalę, z braku prawdziwej herbaty. Wkrótce pod uprawy mate wykarczowano olbrzymie połacie lasów deszczowych. Co ciekawe, dziś duża część upraw jest w rękach osób pochodzenia polskiego!

Krzew mate dochodzi do 6 m wysokości, ma duże liście, białe kwiaty i czerwone owoce. Liście zbiera się (często z małymi gałązkami), by produkować z nich napój, który jest głównym napojem Ameryki Południowej.

Mate czasem uchodzi za bezkofeinową namiastkę herbaty, ale to nieprawda. Mate zawiera kofeinę, choć w mniejszej ilości niż kawa czy herbata (ok. 50 mg na szklankę).

Mate działa stymulująco i zawiera dużo korzystnych pierwiastków śladowych, co ciekawe, jej picie wzmaga stymulujące działanie innych substancji “dających kopa”, a nie zaburza snu. Ma silne działanie diuretyczne, wspomaga ukłąd odpornościowy, oczyszcza krew, tonizuje układ nerwowy i - uwaga - POMAGA WALCZYĆ Z APETYTEM!

ODCHUDZANIE

Mate zawiera dużo magnezu, manganu i potasu - połączenie bardzo korzystne, jeżeli stosujesz dietę wysokobiałkową, zaburzającą równowagę elektrolitową organizmu lub gdy stosujesz środki przeczyszczające. Zawiera też polifenole podobne do tych w zielonej herbacie. Kofeina jako taka nie stymuluje chudnięcia, jedynie go wspomaga, zwiększając aktywność grubaska…

SPOSÓB PICIA

Mate parzy się w dzbanku i pije bardzo gorącą przez złotą lub pozłacaną (posrebrzaną) rurkę przez cały boży dzień - tak każe tradycja. Jednakże ze zdrowotnego punktu widzenia powinno się ją pić tylko raz dziennie. Amerykańska agencja Food and Drug Administration zalicza mate do substancji generalnie bezpiecznych, choć niektóre doniesienia sugerują, że zwyczaj picia jej bardzo gorącej może być przyczyną zmian nowotworowych przełyku. Dlatego należy ją pić umiarkowanie często i niezbyt gorącą. Tak właśnie robię ja - bardzo szybko przywykłam do dziwnego, ziołowego smaku i bardzo pasuje mi świeżość, jaką napój pozostawia w ustach.

M200G Volantor

W przyszłym roku na niebie pojawią się latające spodki. Za 90 tysięcy dolarów każdy z nas będzie mógł stać się posiadaczem takiego latającego talerza - i to jak najbardziej poważnie.

IPOMOEA czyli WILEC

IPOMOEA THOMSONIANA

Ipomoea, wilec, rodzaj roślin kwiatowych z rodziny powojowatych. Obejmuje kilkaset gatunków roślin drzewiastych lub zielnych, występujących w obszarach tropikalnych i podtropikalnych; wiele gatunków jest ozdobnymi pnączami.

Ipomoea batatas rośnie w południowej Ameryce (Brazylii) i jest licznie uprawiana dla jadalnych podziemnych bulw pędowych, zawierających mączkę, tzw. batatów.

Ipomoea pescaprae jest rośliną bardzo rozpowszechnioną na wybrzeżach oceanu Indyjskiego, a Ipomoea brasiliensis na wybrzeżach oceanu Atlantyckiego.

Ipomoea purpurea z Ameryki Południowej jest bardzo rozpowszechnionym ozdobnym pnączem.

Ipomoea purga (syn. Ipomoea jalapa), rośnie w wilgotnych lasach Meksyku i Ameryki Środkowej; korzenie jej o smaku słodkawym i mdłej woni noszą nazwę jalapy i są środkiem przeczyszczającym. Zawierają one 12—18% żywicy, której główną częścią składową jest konwolwulina (ang. convolvulin) ; od niej zależy działanie rozwalniające jalapy.

Czytają nas!

Po raz pierwszy od długiego czasu sepsa spadła na dalsze miejsce. Od jakiegoś miesiąca była pierwsza, z wynikiem pow. 70 wyświetleń dziennie. Wnoszę z tego, że lęk przed tą chorobą stopniowo maleje. Mam nadzieję, że mój opis przydał się i spełnił swą rolę - czyli dał jasne, nawet jeśli nie profesjonalne info na temat tej choroby. Takie info powinno być na stronie Ministerstwa Zdrowia, niestety - zagraniczny Internet aż pęka od informacji na ten temat - w Polsce to ciągle “wiedza dla wtajemniczonych”.

Cegiełki Karpińskiego

Uwielbiam stare reklamy… Są takie bezpretensjonalne. Dziś to już nie to samo, każdy sili się na oryginalność, a co z tego wychodzi - wiadomo. To reklama mydła z roku 1925…
Keywords: stare reklamy ilustracje handel reklama

Miałam przyjaciela cz. VI i ostatnia: Nikogo nie skrzywdziliśmy

 (cd. cyklu; poprzednie notki: TUTAJ)

Stan wojenny zaczęliśmy razem, ale wiosną małżon wyjechał do Stanów. Zostałam sama, z psem i zwariowanymi sąsiadami. Na moim piętrze mieszkała J., zwana przez UBecję - zresztą bez żadnych podstaw - “pogotowiem seksualnym Solidarności”. J. była inteligentna i bystra, fajnie się z nią rozmawiało. Jeden z moich przyjaciół, M., kochał się w niej na zabój, zresztą bez wzajemności. Ona wyraźnie się tym rozkoszowała i zamiast definitywnie go odpalić, dawała mu jakieś nadzieje, a on - jak idiota - przybiegał do niej co wieczór z wielkim bukietem kwiatów. Kiedy wychodził, wpadał do mnie, żeby się wyżalić….

Siadaliśmy wtedy przy Grundigu, słuchając Kaczmarskiego i Kelusa, on pogrążony w swoich smutnych myślach, ja milcząca - bo co można powiedzieć w takiej sytuacji? Milczeliśmy godzinami, paliliśmy skręty (tytoń w puszkach był lepszej jakości niż Popularne na kartki) i… milczeliśmy. Czasem tylko ożywiał się, gdy opisywał wydarzenia w Radomiu, internowanie w Białołęce, jakieś ciekawostki z życia podziemnego. Umiałam słuchać. Wychodził o 2-ej, 3-ej w nocy, a ja kładłam się spać, bo rano wykłady, ćwiczenia. Musiałam przecież jakoś “zarobić” na to stypendium, które dali mi Amerykanie.

Romek był inny. Żył w swoim świecie sztuki, zakochany w fotografii, zapatrzony w przydrożne kapliczki, pielęgnujący swoją domową dżunglę z sercem, w które nie wierzył nikt, kto go nie znał. Trzeba było go poznać, by go docenić. Nawet chlanie nie zabiło w nim tej niezwykłej subtelności, jaką daje ciągłe obcowanie ze sztuką, obcowanie niesformalizowane, wynikające z wewnętrznej potrzeby i wrażliwości. Kiedy dowiedział się, że wiosną wyjeżdżam, wyglądał na zasmuconego. Oni wszyscy okropnie lubili, jak ich słuchałam. A słuchanie Romka to była podróż w światy nieznane, odległe, wędrówka wiejskimi ścieżkami od kapliczki do kapliczki, wyprawa na Ukrainę, buszowanie za ikonostasem, w poszukiwaniu starych figurek świętych i aniołów, o których dawno zapomniał Bóg i ludzie. W głosie Romka brzmiała tęsknota za odchodzącym światem, lęk przed zobojętnieniem, które niesie szara codzienność. W jego mieszkaniu stała stara przydrożna Matka Boska, którą wyciągnął z błota, ze śladami kół, bo służyła za zapchajdziurę w jakiejś wiejskiej drodze na Ukrainie. I setki starych kluczy, znalezionych na strychach i w śmietnikach, niepotrzebnych kluczy do nieistniejących drzwi… A na stole stało maleńkie terrarium, w którym żyły i mnożyły się świerszcze… “Hej, słyszysz, jak ślicznie ćwierkają?”

Przyszedł tuż przed moim odlotem, kiedy pakowałam swoją skromną garderobę do walizki. Usiadł i spojrzał smutno. “Ten dom będzie inny bez ciebie” - powiedział. “Przecież wrócę” - powiedziałam. “Wrócisz? Znasz kogoś, kto wrócił” - zapytał. Wzruszyłam ramionami: Ja wrócę. Wstał i wyszedł bez pożegnania. Myślałam, że się o coś obraził. Za chwilę wrócił. Z książką. Nowym Testamentem. “To dla ciebie, na pamiątkę. Na wypadek, gdybyś nie wróciła. Z dedykacją, żebyś o mnie pamiętała.”

Zajrzałam. Piękne wydanie, ze zdjęciami z każdego miejsca wspomnianego w Nowym Testamencie. Niezwykła książka, o pięknej atmosferze, jakby się szło śladami Chrystusa. Wydana przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne w 1978 roku. A w nim dedykacja, którą do dziś nosze w sercu, dedykacja od Przyjaciela:

“Zróbcie miejsce dla nas,
w sercach waszych: nikogo
nie skrzywdziliśmy, nikogo
nie zepsuliśmy, nikogo
nie oszukaliśmy… (II. Kor. 7.2)”
A u dołu zwyczajnie, od serca i bezpretensjonalnie, jak na niego przystało: “Dostatku dla domu, zdrowia domownikom - Romek.”

Miałam przyjaciela, mieszkał w mieszkaniu obok. Pewnie nawet nie wiedział, że uważam go za przyjaciela, bo zbyt często był pijany. Był znanym polskim operatorem filmowym. Ostatnio chciałam sprawdzić, czy jest coś o nim w Internecie. I było: trzy daty i bardzo długa lista filmów, które nakręcił.

Moje kino: Rozwód po włosku

Lata 50-te, Sycylia. Z lekka zidiociały, a na pewno zbiedniały baron Fefe Cefalu (Marcello Mastroianni), zaślubiony z niewątpliwie atrakcyjną, choć wąsatą Rosalią (Daniela Rocca), zakochuje się w niewinnej, pilnie strzeżonej przez rodzinę krewniaczce Angeli (piękna Stefania Sandrelli). Namiętna Rosalia molestuje biednego barona nieustannie, kusząc i łasząc się do niego, jednakże jej włoski temperament jest dla biedaka prawdziwą katorgą. Pomimo sielskości miasteczka czujemy, że atmosfera się zagęszcza…

Ponieważ we Włoszech nie ma w owym czasie rozwodów, Fefe zastanawia się nad sposobem wysłania małżonki do nieba, snując czasem fantastyczne wizje: utopienie, wysłanie w kosmos, rozpuszczenie w kadzi z sodą… Wreszcie postanawia pozbyć się namiętnej małżonki, pozorując zabójstwo w afekcie. W tym celu zaczyna się rozglądać za kochankiem dla małżonki, niestety… Nie jest to łatwe w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają. A tymczasem piękna Angela wygląda na zakochaną w baronie. To mobilizuje go do działania.

W miasteczku pojawia się dawny adorator Rosalii. Fefe zwabia go do domu pod pozorem renowacji rodzinnych malowideł naściennych i robi wszystko, by Rosalia jak najczęściej była z nim sama. Kupuje też magnetofon, by nagrać dźwięki mające przed sądem świadczyć o zdradzie… Niestety, nie wszystko idzie tak, jak planował.

Bardzo lubię  ten film. Fantastyczne są sceny zbiorowe, przechadzka Fefe i Rosalii po miasteczku, czy szturm mężczyzn na  kino, gdy wyświetlany jest straszliwie gorszący film “Słodkie życie”. Uwielbiam filmy włoskie z tego okresu. Mają ten sam pieprz co późniejsze filmy Felliniego: zadumę i dowcip, puszczają oko do widza, który dzięki temu staje się niemal uczestnikiem akcji. Mniam… No i Mastroianni - mniam, mniam…

Niepełna lista filmów, które coś dla mnie znaczą

Jestem zbrzydzona polityką. Pora intelektualnych rekolekcji, więc wpadłam na taki pomysł, by sobie poprzypominać różne filmy, które wywarły wpływ na moje spojrzenie na świat. Nie mam ochoty pisać prawdziwych recenzji. Większość tych filmów ujęła mnie jedną czy dwiema rzeczami, jakąś sceną, która wryła się w pamięć, czy dźwiękiem, który jeszcze po latach brzmi w uszach. Zresztą po co pisać recenzje starych filmów? A formuła rekolekcyjna nie polega na stwierdzeniu “grzeszyłem” tylko na wydłubaniu z pamięci konkretnych grzeszków, czasem zupełnie malutkich, które rezydują gdzieś w myśli, sercu czy pamięci.

Rashomon
Casablanca
Deszczowa piosenka
Matka Joanna od Aniołów
Wakacje pana Hulot
Siedmiu samurajów
Siódma pieczęć
Tron we krwi
Ukryta forteca
Nóż w wodzie
Pół żartem pół serio
Rozwód po włosku
Rio Bravo
Słodkie życie
8 i 1/2
Powiększenie
Droga do Saliny
Znikający punkt
La Strada
Absolwent
Piękność dnia
Pociągi pod specjalnym nadzorem
Dziecko Rosemary
Midnight cowboy
Satyricon
Rzeźnik
Kasia Balou
Mały Wielki Człowiek
Mechaniczna pomarańcza
Francuski łącznik
Shaft
Ostatni seans filmowy
Kabaret
Ostatnie tango w Paryżu
Szepty i krzyki
Bullit
Przepraszam, czy tu biją?
Iluminacja
Żądło
Wejście smoka
Jezus Chrystus Superstar
Amarcord
Zwierciadło
Chinatown
Lot nad kukułczym gniazdem
Rzym
Odyseja kosmiczna
Strach na wróble
Nakarmić kruki
Noc iguany
Taksówkarz
Łowca jeleni
Blaszany bębenek
Czas Apokalipsy
Manhattan
Lśnienie
Ostatni brzeg
Łowca androidów
Czułe słówka
Amadeusz
Pożegnanie z Afryką
Rain man
Tańczący z wilkami
Milczenie owiec
West Side Story
Zelig
Forest Gump
Cztery wesela i pogrzeb
Pulp fiction
Braveheart
451 stopni Fahrenheita
Wszystko o mojej matce
Piękny umysł
Wybór Zofii
Chicago
Kill Bill
Wielkie żarcie
Piłat i inni
Miłość blondynki
Blaszany bębenek